środa, 29 czerwca 2016

Moje miejsce na Ziemi (odkrywam rąbka tajemnicy...)




Jako mała dziewczynka i dorastająca nastolatka zawsze marzyłam o życiu w wielkim mieście. Pochodziłam z niewielkiego miasta liczącego niecałe 30 000 mieszkańców. Wielkie miasta wydawały mi się tętnić życiem całą dobę tak mocno, że można to było usłyszeć. Kusiły mnie muzea, teatry, kina i wielkie galerie handlowe. Postanowiłam, że gdy dorosnę i będę już mogła o sobie decydować z pewnością zamieszkam w jednym z nich. Oczami wyobraźni wcale się nie ograniczałam - brałam pod uwagę zarówno Polskę jak i cały świat.


Lata mijały a wybór studiów zbliżał się nieubłaganie. Po wielu przemyśleniach zdecydowałam się na Kraków. Miasto studentów, Lajkonika i Smoka Wawelskiego. Okazało się jednak, że jestem dużo bardziej rodzinna niż mi się w przeszłości wydawało i w efekcie ze smutkiem w oczach ruszałam w nieznane.

Kraków jest piękny, daje mnóstwo możliwości i polubiłam go bardzo. Nie czułam się w nim jednak jak w domu. Tęskniłam. Za rodziną, ciszą w mieście i spacerami, gdzie na każdym kroku spotykasz znajomych, życzliwych Ci ludzi. Ogrom miasta dawał mi pewną swobodę, nie musiałam dokładnie się malować czy udawać uśmiechniętej w chwili, gdy zupełnie nie miałam na to ochoty. Jak nigdy w życiu wyjeździłam się autobusami i tramwajami, co w przeszłości było rzadkością. W mieście z którego pochodzę szybciej jest dojść pieszo z jednego krańca w drugi niż tłuc się rzadko kursującym autobusem. O tramwajach nawet nie wspomnę, bo ich tam po prostu nie ma.  Przez wszystkie lata mojej przygody w Krakowie napawałam się jego pięknem i chłonęłam gwar ulicy. Romantyczne spacery nad Wisłą mają w Krakowie wyjątkowy klimat. Zdaje sobie sprawę, że masy miejsc jeszcze nie zobaczyłam i nie zwiedziłam. Wiesz jak to jest? Szewc w dziurawych butach chodzi! Gdy gdzieś jedziesz na wycieczkę starasz się zobaczyć jak najwięcej, gdy tam mieszkasz zawsze masz czas, który często potem mija. Tak było w moim przypadku...

Rok temu, po ślubie, który odbył się w naszym rodzinnym mieście wróciliśmy do Krakowa i wynajęliśmy sobie akademik małżeński. Notabene, nigdy nie spodziewałam się tak fantastycznie urządzonych akademików! Serio! Wszystkim szczerze polecam tego typu kawalerki. Nie dość, że to dużo tańsze to masz jeszcze nowiutko urządzony pokój z aneksem kuchennym, częścią dzienną i sypialną, łazienkę i nawet przedpokój! Byłam w szoku jak okazało się, że do naszego gniazdka mamy również dzwonek! Było cudownie! Pisząc to czuje mnóstwo wspaniałych wspomnień i ten wyjątkowy klimat panujący tam. Oczywiście za naszymi drzwiami beztroskie życie wiodło sobie kilkudziesięciu studentów, którzy dodawali pozytywizmu temu miejscu. Niestety, brak czasu spowodowany jednoczesnym studiowaniem i pracą na pełnych obrotach sprawił, że na przyjemności było już coraz mniej czasu. Z konieczności pokonywania wielkich odległości w jak najkrótszym czasie między uczelnią a pracą autobusy i tramwaje wymieniliśmy na podróżowanie samochodem. Dowiedziałam się wtedy co to znaczy korek, jak długo można stać na światłach i jaką prędkość można rozwijać w dużym mieście. Zakochałam się jeszcze bardziej. Czasem z mężem wybieraliśmy się wieczorami na przejażdżki i takie „nocne” zwiedzanie Krakowa z samochodu. Punktem obowiązkowym były lody z McDonald’s i nastrojowa muzyka w radio. Jeździliśmy zazwyczaj w miejsca, gdzie nigdy nie byliśmy i rozmawialiśmy o naszych planach i marzeniach. Wierzcie mi! To były jedne z najlepszych randek na świecie!

Kraków da się lubić. Ba! Kraków da się kochać! Ma swój wyjątkowy klimat i nie mówię tu o wiszącym w powietrzu smogu. Ja ten mój Kraków pokochałam. Ale wiesz co? W głębi serca wciąż tęskniłam za swoim miastem, może mniej światowym, mniej kolorowym i z mniejszą ilością atrakcji. Ale za każdym razem, gdy wracałam na weekend czy przerwy świąteczne do domu to dopiero tam czułam się u siebie. Łapałam się na tym, że idąc krzywymi chodnikami uśmiechałam się w duchu i wdychałam (wreszcie!) pełną piersią powietrze, które wydawało się aż pachnieć. W głębi duszy pragnęłam tu wrócić. Tu czułam się sobą i to tu chciałam wychowywać swoje dzieci. 

No właśnie. Dzieci. Mieszkając w Krakowie i znając warunki życia tam, nie mogłam wyobrazić sobie jak miałoby wyglądać życie mojej rodziny w dużym mieście. Korki, pośpiech, praca do późna i brak babci i dziadka. Nie chciałam, żeby moje dzieci żyły i wychowywały się w przedszkolu i szkole czekając, aż rodzice odbiorą ich jak tylko przedrą się zakorkowanymi ulicami. Moja rodzina wydawała mi się najważniejsza i wiedziałam, że z moimi dziećmi chciałabym spędzić jak najwięcej czasu. Czy życie w małym mieście różni się od tego w wielkim? Z pewnością! W mojej rodzinnej miejscowości moja mama miała do pracy 5 minut piechotą, babcia mieszkała 20 minut od mojego domu (co już było daleką trasą) a ja do szkoły miałam „rzut beretem”. Mieliśmy przez to dużo więcej czasu dla siebie jako rodziny. Ten obraz głęboko zakorzenił się we mnie i nie wyobrażałam sobie jak mogłabym spędzać wolny czas w korku czy na zakupach, które w tych wielkich sklepach zajmują godziny. Nie miałam jednak pojęcia jak przez pracę i zobowiązania udałoby mi się wrócić i jak ogólnie to wszystko zostawić za sobą i zaczął wszystko od nowa.


Jednak stało się! Marzenie się spełniło a ja w Wigilię dowiedziałam się, że zostanę mamą. Potem nastała seria bardzo przykrych i trudnych momentów pełnych lęku o maleństwo, szpitala i leżenia plackiem przez miesiąc. Te wydarzenia jednak, jak puzzle sprowadziły mnie do mojego wymarzonego domu, na moją prowincję. I dziś nadaję do Ciebie z mojego miejsca na Ziemi, gdzie czuję się na swoim miejscu. Czy na zawsze? Tego pewna nie jestem. Ale chłodzę się w ten ciepły dzień w mojej wynajmowanej kawalerce, za oknem widzę błękitne niebo niezasłonięte przez smog i wysokie budynki. I wiesz co? Czuję się tu szczęśliwa!

Copyright © Szablon wykonany przezBlonparia