czwartek, 5 stycznia 2017

Co ma wspólnego Pałac Kultury z moim porodem i o gościach na porodówce. Część 1



Mimo obietnic lekarza o rychłym porodzie, moje dziecko postanowiło zrobić matce psikusa i przesiedzieć cichaczem w brzuchu. Siedziała cicho i pewnie aż zacierała ręce ze śmiechu z matki, która chodzi i nasłuchuje czy to już. Przy 35 stopniowym upale z niemałym balastem przed sobą i kawalerką bez możliwości zrobienia przeciągu uwierzcie, modliłam się o rozwiązanie. 


Dwa tygodnie przed terminem trafiłam do szpitala z gorączką i dziwnym samopoczuciem. 

Byłam pewna, że to zwiastuje szybkie rozwiązanie i że wreszcie, lada moment przytulę moje małe szczęście. Los okazał się jednak mniej łaskawy... 

Temperatura wzięła się ze stanu zapalnego, skurcze które miałam dość wysokie nagle zniknęły, a ja na całe 8 dni zacumowałam w szpitalu. Każdego dnia liczyłam, że ten dzień będzie tym ostatnim w dwupaku. Wiecie jak jest, siedząc w domu zawsze można się czymś zająć. A co robić w szpitalu pośród płaczących po kątach kobiet, groźnie patrzących położnych i milczących lekarzy? Nie zostało mi nic innego jak perswadować latorośli żeby zmiłowała się nad biedną matką i uwolniła mnie z tego miejsca pachnącego środkami czystości i przenikniętego skrzypieniem łóżek. No więc dyskutowałam. Jednakże, bezskutecznie. Małe postanowiło akurat sobie ćwiczyć matkę w cnocie cierpliwości. Również bezskutecznie zresztą. 

Za napływającymi do mnie "złotymi radami" codziennie przemierzałam więc dzielnie kilometry na schodach szpitala na Prowincji. Z dumnie wypiętym brzuchem i lekką zadyszką liczyłam zaliczone piętra i upływający czas. No właśnie. Czas. Na co dzień ucieka nam między palcami. Przebywając jednak w tym szpitalnym przybytku zdaje się stanąć na wieczność, a godzina podobna tu do normalnego tygodnia. Walcząc więc z tym dziwnym zjawiskiem postanowiłam stawić czoło złośliwemu zegarowi i starałam się urozmaicać sobie to "błogie lenistwo" jak określali to odwiedzający mnie ludzie. No właśnie. Czy leżąc w szpitalu teksty typu "zazdroszczę Ci tego odpoczynku", "relaksuj się" i "chętnie też bym sobie tak poleżał" są na miejscu? U mnie wywoływały jedynie skok ciśnienia i zabijające spojrzenie w stronę mówcy. 

Wracając jednak do meritum. Tak upływały mi dni, w trakcie których nie działo się nic co można by nazwać porodem. No właśnie. Myślę, że ktoś na Górze miał ze mnie niezły ubaw, ponieważ w trakcie tych dni dostałam wszystkich, powtarzam WSZYSTKICH objawów porodu - odejście czopa śluzowego, sączenie się wód, skurcze (czasem nawet imponujących rozmiarów), dziwnego samopoczucia (co jednakże wskazując na miejsce pobytu jest akurat wytłumaczalne), tzw. oczyszczania organizmu itp. itd. Ktoś jednak zapomniał wcisnąć przycisk "PORÓD"
Powoli stawałam się legendą dla personelu, który każdego ranka z uśmiechem na mój widok zadawał to samo pytanie: "A Pani jeszcze nie urodziła?". Przemilczmy to jednak. 

Po ośmiu dniach zlitowali się jednak nade mną i pozwolili mi mocniej zaczerpnąć powietrza z domowych murów. Musiałam się jednak zgłosić dzień po wyznaczonym terminie porodu, 29 sierpnia. Wypuścili mnie na całe 5 dni! 
Pięć dni wolności brzmi jak ostatnie godziny przed egzekucją. Byłam jednak w doskonałym nastroju. W 3 minuty spakowałam cały swój dobytek, który uzbierałam dość hmmm... bogaty. 
Mąż codziennie dowoził mi jakieś "niezbędne drobiazgi" przez co musiał mnie odebrać kierowca z tragarzem. 

Z ulgą w sercu opuściłam oddział Ginekologii i Położnictwa i postanowiłam sobie w duchu, że ja to sobie z tym berbeciem w moim podbrzuszu porozmawiam. Oj porozmawiam! 


Ciąg dalszy nastąpi...

Copyright © Szablon wykonany przezBlonparia