środa, 25 stycznia 2017

Co ma wspólnego Pałac Kultury z moim porodem i o gościach na porodówce. Część 2


Dzień mojego wyjścia na pięć dni wolności zapowiadał się doskonale. Świeciło słońce a w domu czekał na mnie ciepły prysznic i doskonałe ciasto ze śliwkami. Czego chcieć więcej? 
Może tylko porodu! 

Po zatankowaniu się pod sam korek ciastem i innymi pysznościami spod maminej reki, błogiej kapieli w wodzie o cudownej, stałej temperaturze i kilku głębszych oddechach świeżym, prowincjonalnym powietrzem rozpoczełam rozmowy z mieszkańcem podbrzusza. 
Mój plan był oczywisty! Zrobić wszystko, by Mały Uparciuch zawitał na świat jednak w ciągu kolejnych pięciu dni. W przeciwnym razie czekał mnie powrót na stare śmieci i czekanie na łaskę latorośli w więziennych, oj sorry, szpitalnych murach. 
Notabene, w wiezieniu mają czasem lepsze warunki 😏

Dni mijały w zastraszającym tempie, a ja ze strachem w oczach i paczką krówek pod pachą odbierałam kolejne telefony z pytaniami czemu jeszcze nie urodziłam. No właśnie. Dlaczego? To pytanie biegało za mną krok w krok. Postanowiłam zrzucić to na charakterek Maleństwa, które widocznie wrodziło się... w swoją mamusie... 
Ze strachem w oczach i ostatkiem nadziei dopakowywałam kolejne rzeczy do torby podróżnej błagając jednocześnie żeby dziecko miało trochę litości i jednak wypełzło dziś. 
Jak możecie się domyślać, bezskutecznie.

Dzień po terminie, zrezygnowana a jednocześnie pocieszająca samą siebie (tak czy siak to moje dni tam są policzone i bez dziecka już nie wyjdę) zawitałam przed budynek Szpitala na Prowincji. 

Po wymianie kilku żartów z położną ('Dzień dobry, ja tu przyszłam wreszcie urodzić) zaprowadzili mnie na oddział. Nie ma tego złego, bo dzięki nawiązanym z personelem znajomościom wybrałam sobie sale, na której chciałam leżeć i tak oto rozpakowywałam się na nowym skrzypiącym łóżku zastanawiając się ile tu spędzę dni. W planie był oczywiście ekspresowy poród i jeszcze szybsze wyjście do domu, ale przez skóre czułam, że Ktoś może mieć inne plany...

Tak oto mijały dni i chciałoby się powiedzieć miesiące. Ale na szczęście tak źle nie było. Za dobrą radą lekarzy, każdego dnia przemierzałam schody Szpitala na Prowincji mając nadzieję, że to wreszcie ruszy mojego Małego Lenia. 
Każdego dnia z nadzieją czekałam na ktg, licząc na imponujace skurcze, które rozpoczną długo wyczekiwaną akcję. Czy bałam się porodu? Byłam chyba na to zbyt zdesperowana. Jedyne czego chciałam to przytulić wreszcie swoją córeczkę i wrócić do domu.

Pięć dni po terminie, podczas obchodu ordynator spojrzał na mnie ze współczuciem i stwierdził, że choć mu przykro to porodu raczej z tych skurczy (a raczej ich braku) nie będzie. Tego dnia przestałam czekać. Stwierdziłam, że Panna N. zaparła się i chce świętować swoją osiemnastkę z podbrzusza. 

Postanowiłam więc, dla zabicia czasu 'pobiegać' trochę po schodach. Przemierzając korytarze i kolejne piętra witałam sie z nowymi, szpitalnymi znajomymi, którzy oczywiście zadawali wciąż to samo pytanie.

Po powrocie do sali, z językiem wywieszonym na brodzie zdałam sobie sprawę, że właśnie weszłam na Pałac Kultury. Oddział mieścił się na czwartym piętrze, a ja przemierzyłam schody dziesięć razy w ciągu tego dnia. Co prawda w Warszawie są z pewnością z Pałacu lepsze widoki, ale nie czepiajmy się. Kondycja była! Uśmiechnęłam sie do siebie i oczami wyobraźni widziałam siebie jako fit mamuśkę, której żadne schody nie są straszne. 
Popołudniu odwiedził mnie Pan Mąż a ja całkowicie zapomniałam o moim rekordzie. Około 21 zostałam już sama, więc położyłam się spać.

O godzinie 22 obudził mnie jednak dziwny ból brzucha. Domyślacie się mojej reakcji?

No dobra, teraz będę podła - dowiecie sie tego w nastepnym poście, który już wkrótce. 
Zapraszam!


Ciag dalszy nastapi



Jeśli podobał Ci się mój tekst udostępnij go lub zostaw komentarz, a  będę wiedziała, że moja praca ma sens. Twój gest to ogromna motywacja do dalszego pisania!

Copyright © Szablon wykonany przezBlonparia